20
N, Cze
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT:

Piwosze pod broń 2013/01/14 17:32 #1

Polecam każdemu ten artykuł. Rewelacja. Pochodzi z tygodnika Panorama Północy - magazyn ziem północnych który miał redakcje w Olsztynie. Jest to numer 14 z 8 kwietnia 1962 roku.

Piwosze pod broń – Janusz Bryliński

Orneta — małe miasteczko na Warmii, nad rzeką Drwęcą, ale jakże interesujące. Latem zjeżdżają tu turyści i malarze. Stare zabytkowe kamieniczki, XIV-wieczny ratusz, gotycka katedra są wdzięcznym obiektem dla mistrzów palety czy właścicieli fotograficznych kamer. Miasto obchodzić będzie swój jubileusz 650-lecia. Posłuchajcie jego ciekawej historii.


Ot, dola czarownicy. Była zapewne ostatnią wiedźmą na Warmii i Mazurach. Żyła na początku XVII wieku we wsi Ełdyty i —jak podają kroniki — -nawet bez tortur przyznała się do intymnych różności z diabłem. Stanęła przed sądem w Ornecie, ślicznym miasteczku, położonym malowniczo w połowie drogi milerzy Olsztynem a Fromborkiem. Tam babę skazano na spalenie. Że jednak cała historia miała jakiś przykry po smaczek, bo i z mody już czarownice wychodziły, I starucha wrażenie pomylonej sprawiała, sędziowie — gwoli spokojnego sumienia — wyrok cichcem złagodzili. „Wpierw ściąć, a potem spalić!" — orzekli.

Tradycyjnym miejscem skazań było wzgórze za miastem, obok stojącej do dziś Kaplicy Jerozolimskiej. Tam więc nieszczęśliwą babę zawleczono i akt się dokonał.

Podałem ten fakt za niemiecką monografią Ornety, pracą pedantycznie dokładną, skrupulatnie i jak
wszystkie tego rodzaju pruskie druki, śmiertelnie ponurą. Aby przymioty monografii już do końca wyliczyć, nie wypada nie wspomnieć o jej tonie serdecznie antypolskim. Ale to już inna sprawa. Trudno było wykazać niemieckość prapolskiego, warmińskiego miasteczka. Może dlatego tak ponura owa monografia.

Sędziwa, sympatyczna Orneta. Dzisiaj historyczna perełka, mało równych mająca w kraju. Miasto
czternastowieczne, z ratuszem z tamtych czasów, rynkiem, uliczkami, kościołem, resztą murów obronnych... Nie, żadna drętwa •skamienielina, obwieszona tabliczkami: „obiekt zabytkowy". Raczej żywe, prężne miasto, ludne (8 tys. mieszkańców) i niepowtarzalnie urocze. Nie tylko mury i malownicze zaułki nadają Ornecie ton. Miasto ma także swoją historię o rozdziałach niezwykłych.
Bo nie procesy czarownic były jakaś kartą w jego dziejach. Zbyt mądrzy na to byli mieszczanie orneccy; bardziej niż ponure procesy lubili rzetelną pracę, korzystny handel i... piwo. Piwa bowiem dużo piło się w Ornecie. Przy drewnianych stołach, zastawianych kuflami, narodziło się zapewne niejedno powiedzonko, niejeden przedni dowcip albo pomysł do uchwały magistratu. Że skutki błogosławionego napoju na tym się nie kończyły, można wnioskować z pewnych zarządzeń magistratu z roku 1607. Wspomniane zarządzenie w sposób kategoryczny zaleca obywatelom, by „...wracając z piwa swe kroki niezwłocznie w kierunku domu kierowali". Musiały nocne powroty orneckich piwoszów mieć pewne szczególne tradycje, skoro specjalny podpunkt zarządzenia grozi 30 markami kary za wrzucanie do studni miejskiej… stołów i ławek.
Pozostaje faktem, że bezpieczeństwo i spokój publiczny nad wyraz hołubione były w tym mieście -
państewku. Ustawowo zobowiązano każdego mieszkańca do podniesienia głośnego krzyku, gdyby na terenie jego posesji napadnięto na człowieka. Ustawa określała nawet obowiązującą donośność wrzasku: krzyk był tylko wówczas „ważny", jeśli słyszał go sąsiad.
Choć obwarowana kłami obronnych wież, mocarstwem Orneta nie była. Potrafiła jednak, gdy zaszła
potrzeba, stawić czoła wielkim armiom. Przekonali się o tym niejednokrotnie Krzyżacy (W. Mistrz Al-
brecht, oblegając w 1519 r. Ornetę, na ultimatum z żądaniem poddania miasta otrzymał odpowiedz: i królowi Polski wierni zostajemy, i walczyć będziemy do ostatniego tchnienia), a po nich — wytrawny zdobywca Gustaw Adolf.

Wojny mijały — waleczny mieszczuch wracał do pracy i, oczywiście, piwa. Poczciwym naturom nie było w gruncie rzeczy nic bardziej wstrętnego niż bitewny zgiełk. Toteż pieniędzy na cele zbrojeniowe skąpili, jak mogli. Starczy przytoczyć spis sprzętu wojennego, przechowywanego w miejskim arsenale w roku 1637:
22 piki
1 halabarda (stara)
2 chorągwie
1 obcęgi
1 powróz
6 włóczni starych
1 kocioł do smoły

Znajdowało się tutaj jeszcze 30 muszkietów, 656 dużych i małych kul, wielki kawał ołowiu oraz 34 zwoje lontu.
A już zupełną klęskę ducha bojowego obrazuje spis broni, zgromadzonej w arsenale w roku 1788:
5 werbli
2 kotły do smoły (stary i nowy)
4 pary kajdan na nogi
2 łańcuchy szubieniczne.

Bo też siła zbrojna miasta była raczej poza arsenałem. Każdy pełnoletni mieszkaniec zobowiązany był
sprawić sobie i przechowywać w domu własny „sprzęt wojenny". 'Co roku, w pierwszy czwartek po Zielonych Świątkach, burgrabia zarządzał wielką musztrę wszystkich mężczyzn pod bronią. Kierowany realną obawą, że domowe graty-flinty dalekie są od jakiej takiej sprawności, burgrabia — na wyrywki — rozkazywał niektórym „wykonać" strzał. Każdy taki egzamin utwierdzał aliści przekonanie, że ogniowe rury nie będą groźne dla wrogów. Nic dziwnego, że bogate miasto wolało w czasie wojen korzystać przeważnie z pomocy wojsk najemnych.

Piwowar ornecki musiał złożyć przysięgę, że będzie warzył dobre piwo. Gdy mu się później przydarzyło sprzedawać turę, odpowiadał nie za „brakoróbstwo", lecz — złamanie przysięgi. Sprytne! Podobnie surowo obostrzone sankcjami były wszystkie inne branże orneckiego handlu.
Życie handlowe skupiało się głównie wokół ratusza. W parterowych i piętrowych chałupeczkach, przy-
lepionych do ratuszowych murów — podobnie jak dzisiaj — 'tak i przed pięciuset laty gnieździły się maleńkie sklepiki. Zachowała się w kronikach transakcja o południowo-wschodnią „budę" ratuszową, gdzie dzisiaj mieści się sklepik artykułów spożywczych. Oto w roku 1614 pan Fabian Roman nabył ową „budę" wraz z należącą do niej pod ratuszem dużą i małą piwnicą, a w tej dużej piwnicy — jeszcze jedną małą; w zamian pan Fabian zobowiązany był corocznie na św. Marcina sumiennie wpłacać miastu 1 polskiego guldena. Panu Fabianowi wolno było prowadzić przy nabytym obiekcie prace remontowe i budowlane, pod warunkiem wszakże, że trzymać się będzie dotychczasowych fundamentów. I po drugie: przebudowa budy nie mogła przesłonić znajdujących się wyżej okien ratuszowych.
Nieraz w ciągu setek lat, chciano zerwać te kupieckie przybudówki'. Kupcy jednak protestowali, a magistrat nie miał nigdy dość pieniędzy, by chałupki wykupić. Dzięki temu przetrwały do naszych czasów.
Dzisiaj również ornecianie chodzą tu po sprawunki. Piwo, niestety, liche...

Miastem rządziła rada, a obok niej — mianowany przez biskupa warmińskiego — burgrabia. Autor
niemieckiej monografii o Ornecie, Bucholz, opisując chronologię burgrabiów, wśród innych wymienia także „echt deutsche" nazwiska rodowe:
Schedlin-Czarlinski (1570—1584);Georg Majewski (1610—1612); Andreas Pilchowicz (1651—1661); Johann Laczyński (1665—1666); Gregor Kaszubecki (1697—1699); dalej Johann Buchowski, Joachim Boznański itd. A już naprawdę zakłopotany staje pruski historyk przed odkryciem, że
burgrabia Boznański nie znał nawet... języka niemieckiego.

Tak mijały wśród wieków wojny i zarazy, polonezy na ratuszu i polscy burgrabiaże. Przemijali ludzie
niezwykli, niemal bajkowi dzisiaj.

Wiele mówią o miasteczku trochę gniewne słowa, pisane o Ornecie ręką przebywającego tutaj w 1583 r. wrocławskiego kanonika Mikołaja z Poznania: „Nie ma lepszego w roku okresu, jak karnawał.
Uczty i tańce, maskarady mężczyzn w strojach kobiecych i kobiet — w męskich, A kiedy światło dnia
traci blask w ciemności nocy — tracą też niektóre dziewice cześć swoją i wstyd... Łatwo ulegają natrętnym namowom mężczyzn, jak by nie miały rozsądku i rozwagi. Na swe usprawiedliwienie podają wykręt taki, że w tym wesołym czasie nic 'nie jest zakazanie, lecz wszytko dozwolone".
Surowy kanonik oczywiście przesolił, jak to kanonik. Zresztą nie dla karnawałowych uciech tysiące
turystów odwiedza teraz co roku Ornetę, miasto — wybaczcie komunał — sędziwe, lecz ciągle młode. Stare uliczki -skąpane światłem najnowocześniejszych, rtęciowych lamp — to zarazem stara Orneta i inna, najnowsza...

Ostatecznie nie zawsze musi dziennikarz dokumentnie i dokładnie opisywać wszystko do końca. Jeszcze tylko rada: wanto zwiedzić wnętrze ratusza. Z wieży piękny widok na miasteczko, iluśsetletni zegar, dzwon, a na strychu osobliwe rupiecie — stare lampy uliczne i poniemieckie butelki po winie, czyli jedyna pozostałość z przeszło półtorawiekowego pruskiego zaboru.



Załączniki:
  • Strona:
  • 1